Lew z Nemei (cz.III)

17 sierpień 2007

Poleganie na nie sprawdzonych informacjach nic leżało w naturze Herkulesa Poirot.
Mimo iż wydawało się nieprawdopodobne, by panna Carnaby była kim innym niż niezbyt rozgarniętą kobietą, na jaką wyglądała, Poirot postarał się o rozmowę z nieco odpychającą damą, siostrzenicą świętej pamięci lady Hartingfield.
- Amy Carnaby? - powiedziała panna Maltravers. - Oczywiście, pamiętani ją doskonale. Poczciwa z niej dusza, służyła u ciotki Julii aż do jej śmierci. Uwielbiała psy i była niezrównana w czytaniu na głos. No i taktowna, nigdy się nie sprzeczała z kaleką. Co się z nią stało? Mam nadzieję, że nie wpadła w żadne tarapaty? Mniej więcej rok temu dałam jej referencje dla jakiejś kobiety… zdaje się, że jej nazwisko zaczynało się na “H”…
Poirot pośpieszył z wyjaśnieniem, że panna Carnaby nadal pracuje tam, gdzie przedtem. Wyniknęły, powiedział drobne kłopoty w związku z zaginięciem psa.
- Amy Carnaby kocha psy. Moja ciotka miała pekińczyka. Zostawiła go przed śmiercią pannie Carnaby, która była do niego bardzo przywiązana. Kiedy zdechł, zupełnie się załamała. O tak, to poczciwa dusza, choć oczywiście nie jest intelektualistką.
Herkules Poirot zgodził się, że pannę Carnaby trudno byłoby uznać za intelektualistkę.
Następnym jego krokiem było odszukanie dozorcy parku, z którym panna Carnaby rozmawiała owego fatalnego dnia. Nic sprawiło mu to większych trudności. Dozorca pamiętał całe zdarzenie.
- Kobieta w średnim wieku, tęgawa, mocno zdenerwowana. Zgubiła pekińczyka. Znam ją dobrze z widzenia, przychodzi z psem prawie co wieczór. Widziałem, jak wchodziła do parku. Nieźle ją wzięło, jak go zgubiła. Przybiegła do mnie, dowiedzieć się, czy nie widziałem kogoś z pekińczykiem! No sam pan powiedz! W parku jest pełno psów, różnych - terierów, pekińczyków, buldogów niemieckich… nawet tych chartów rosyjskich… jakie chcieć. I jak tu odróżnić jednego pekińczyka od drugiego?
Herkules Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.
Pojechał do Bloomsbury Road Square pod numer 38.
Domy oznaczone numerami 38, 39 i 40 połączono w pensjonat prywatny “Balaclava”. Poirot wszedł po schodkach i otworzył drzwi. Przywitał go półmrok i zapach gotowanej kapusty, zmieszany ze wspomnieniami po śledziach ze śniadania. Po lewej stronie ujrzał mahoniowy stół, na którym stała smętna chryzantema w doniczce. Nad stołem wisiała obita suknem tablica, do której przypinano listy. Przez pewien czas wpatrywał się w nią z namysłem, a następnie otworzył drzwi po prawej stronie, prowadzące do czegoś w rodzaju świetlicy, wyposażonej w kilka stolików i tak zwanych foteli, obitych kretoncm w przygnębiający wzorek. Towarzystwo złożone z trzech leciwych dam i starszego pana o zapalczywym wyglądzie uniosło głowy, spoglądając na intruza za śmiertelnym jadem w oczach. Herkules Poirot zarumienił się i wycofał.
Ruszył w głąb korytarza i dotarł do schodów. Po prawej stronie odgałęzienie korytarza prowadziło do sali, która ewidentnie spełniała rolę jadalni.
Nieco dalej znajdowały się drzwi z napisem: “Biuro”.
Poirot zapukał do nich. Nie słysząc odpowiedzi, otworzył je i zajrzał do środka. W pokoju stało olbrzymie biurko, ale nikogo nie było widać. Detektyw wycofał się, zamykając za sobą drzwi. Wrócił do jadalni.
Krzątała się tam smutna dziewczyna z koszykiem sztućców, które układała na stołach.
- Przepraszam panią, czy mógłbym się widzieć z kierowniczką? - zapytał pokornie Herkules Poirot.
Dziewczyna spojrzała na niego mętnym wzrokiem.
- A tego to ja nie wiem.
- W biurze nikogo nie ma - rzekł detektyw.
- A tego to ja nie wiem, gdzie ona jest.
- Być może udałoby się pani dowiedzieć - nalegał Poirot cierpliwie.
Dziewczyna westchnęła. Nowe zadanie, którym ją obarczono, dodatkowo upokorzyło jej i tak już ponure życie.
- Zobaczę, co się da zrobić - odparła ze smutkiem. Poirot podziękował jej i znowu wycofał się na korytarz, nie mając odwagi stanąć twarzą w twarz z wrogimi spojrzeniami ludzi w świetlicy. Przyglądał się właśnie krytej suknem tablicy na listy, kiedy szelest i silny zapach fiołków obwieściły przybycie kierowniczki.
Panią Harte przepełniała wylewność.
- Najmocniej przepraszam, że nie było mnie w biurze - wykrzyknęła. - Życzy pan sobie pokój?
- Niezupełnie - mruknął Poirot. - Ciekaw jestem, czy nie bawił tu ostatnio pewien mój przyjaciel. Niejaki kapitan Curtis.
- Curtis! - krzyknęła pani Harte. - Kapitan Curtis? Gdzież ja słyszałam to nazwisko?
Potrząsnęła głową z irytacją, widząc, że Poirot nie zamierza przyjść jej z pomocą.
- A wiec nie mieszkał u pani żaden kapitan Curtis? - zapytał detektyw.
- Nie, przynajmniej ostatnimi czasy. Ale wie pan, że to nazwisko jest mi dziwnie znajome. Czy mógłby pan opisać swojego przyjaciela?
- Byłoby to dość trudne - bąknął Poirot. - Zdarza się, jak sądzę, że przychodzą tu listy do osób, które faktycznie nie mieszkają w pensjonacie?
- Oczywiście, bywa i tak.
- Co pani robi z takimi listami?
- No cóż, trzymamy je przez jakiś czas. Widzi pan, zazwyczaj oznacza to, że adresat wkrótce się pojawi. Naturalnie, listy i paczki, których przez dłuższy czas nikt nie odbiera, zwracamy na pocztę.
Herkules Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.
- Rozumiem - powiedział. - Chodzi o to, że wysłałem list do mojego przyjaciela właśnie na ten adres.
Pani Harte rozpromieniła się.
To wszystko tłumaczy. Widocznie zauważyłam jego nazwisko na kopercie. Ale gości u nas tylu wojskowych, na stale lub przelotnie, że doprawdy… Jedną chwilkę…
Spojrzała na tablicę.
- Tutaj nie ma tego listu - rzekł detektyw.
- Prawdopodobnie zwrócono go listonoszowi. Tak mi przykro. Mam nadzieję, że nie było w nim nic ważnego?
- Nie, nic ważnego - uspokoił ją Poirot. Skierował się do drzwi, ścigany przez panią Harte i gryzący zapach fiołków.
- Gdyby pański przyjaciel pojawił się…
- To nader wątpliwe. Musiałem się pomylić…
- Ceny u nas są bardzo umiarkowane - oświadczyła pani Harte. - W opłatę wliczona jest także kawa po śniadaniu. Bardzo bym chciała pokazać panu kilka naszych sypialni…
Nic było to proste, lecz w końcu Herkulesowi Poirot udało się uciec.



Dodaj swój komentarz